piątek, 17 lutego 2017

Muzyka zaostrza obyczaje #1: szatański "Nick Cave", dzikie baby i elektroniczne uderzenie

źródło: dziennik.pl


Udaję, że znam się na wielu rzeczach. Ale na muzyce, znam się naprawdę. Niedawno były walentynki i być może Mirek nie wyniósł jeszcze całego czerwonego gówna na zaplecze sklepu. Pozwólcie, że zaprezentuje Wam kilka kawałków, które rozgrzewają serduszka, zapoczątkowując tym samym nową serię na moim blogu.


Planuję w znaczący sposób rozszerzyć repertuar tego miejsca, a także zmienić jego nazwę (!) i niech ten wpis będzie zapowiedzią wielkich zmian. Dajcie mi jednak trochę czasu. I pisząc trochę, mam na myśli dużo, bo trzeba tu wjechać buldożerem. A jak powszechnie wiadomo - nie od razu Rzym zbudowano.

Muzyka zaostrza obyczaje, to seria, w której będę prezentować utwory, które zrobiły na mnie wrażenie. Jako, że mam bardzo szerokie gusta muzyczne, postanowiłam ten fakt wykorzystać i dzielić się tym, co najlepsze. Albo najgorsze, tak też się może zdarzyć. Tworząc (też trochę dla samej siebie) muzyczną bibliotekę, chce zaaranżować tu miejsce, do którego wraca się z kubkiem kakao lub z żołądkową gorzką

Planuję, aby ta seria ukazywała się w sposób nieregularny, poza piątkowymi wpisami, stanowiąc odskocznię, ale też pewnego rodzaju uzupełnienie do prezentowanych przeze mnie treści. Nie zamierzam w żaden sposób rezygnować z głównego felietonowego nurtu tego bloga. Dzisiejszy wpis traktujcie jako odcinek pilotażowy - w przyszłości muzyczne wpisy w piątek będą absolutną ostatecznością na wymówki w stylu wyjechałam na Malediwy pić drinki z palemką

Przejdźmy do rzeczy.
Oprócz krótkich refleksji na temat kawałków, znajdziecie też pięciostopniową skalę ocen, pod tytułem siła rażenia.

W ten sposób będę oceniać, uwaga trudne słowo, imponderabilia. Aspekty utworów, które trudno mi jednoznacznie nazwać, mające wpływ na ostateczny odbiór materiału. Na jego "moc", energię, coś co, wiecie... Zaostrza obyczaje.

Showtime!




Darski, Porter i Złe Nasiona


Me And That Man - My church is black

gatunek: alt-country, americana



Gdy w okolicy zeszłego lata, zobaczyłam na Instagramie Nergala, że zapowiada alt-countrowy projekt, bardzo się ucieszyłam. Ten rodzaj muzyki od jakiegoś czasu wzbudza we mnie mocne emocje za sprawą mojej siostry, regularnie dostarczającej mi dużych dawek twórczości Nicka Cave'a, Jay'a Munly'ego i podobnych. Po premierze filmu One more time, with feeling (klik), który totalnie mną poruszył, uświadamiając mi, jak wspaniałym (i niedocenianym przeze mnie wcześniej) artystą jest Nick Cave, sama zaczęłam bardziej zgłębiać te klimaty. Ale zostawmy Nicka, przejdźmy do...

Nergala i Johna Portera, którzy postanowili utworzyć formację Me And That Man. Ich pierwszy singiel My church is black czyli alternatywne, niepokojące country, z bluesowym sznytem odtwarzam ostatnio codziennie. To jeden z tych kawałków z cyklu "nie wierzę, że to jest polskie". Hm, w sumie Jonh Porter nie jest Polakiem. Wszystkim fanom Nicka Cave'a, Nicka Cave'a & The Bad Seeds, Toma Waitsa, King Dude'a i podobnych bardzo, bardzo polecam. Bardzo.

Minus za teledysk. Cycki i tyłki są spoko, dopóki nie są zapętlonym, monotonnym fragmentem wygibasów przy Pawle Małaszyńskim. Suma sumarum, biorąc pod uwagę element zaskoczenia, polegający na tym, że Adam Darski z Behemotha potrafi zrobić coś innego niż szatany (których również słucham), a John Porter, po wielu latach pokazuje się w teledysku bez Anity Lipnickiej (tak, wiem co się stało) - jest zajebiście. 

Przy okazji, kogo z Was spotykam w Warszawie na koncercie Nick Cave & The Bad Seeds (klik)Tak, ten punkt programu zdecydowanie przyćmił jeden pan i nie jest to ani Nergal, ani John Porter...

siła rażenia:





Dzika laska!


Le Butcherettes - Wrecking Ball

gatunek: garage rock, punk




Kawałek z sympatią skradziony od Blimsien (klik), która zachwycała się wokalistą. Cóż, Miley Cyrus jeszcze nigdy nie była taka fajna. Wróć, Miley Cyrus nigdy nie...
W każdym razie, mamy tu do czynienia z tak niewiarygodną mocą, że ta piosenka pobudza moje procesy trawienne, a nawet odnowę komórek. Delikatny i zadziorny równocześnie urok sceniczny piosenkarki na długo pozostanie w mojej pamięci. Kojarzy mi się trochę ze znanym "jednohitowcem" 4 Non Blondes (klik). Kto by się spodziewał, że będę chodzić po domu i drzeć się do lustra I came in like a wrecking ball!!!

siła rażenia:






Seksofon!


Lo Air - Day And Night

gatunek: deep house




Od czasów niekończących się letnich spacerów po Costa De La Półwysep Helski, brakowało mi fajnego deep housowego kawałka. Wtedy moje serce skradł Mahmut Orhan (klik) i nie obchodzi mnie to, że każdy Mirek miał ustawioną tą piosenkę na dzwonek w telefonie. 
Saksonfon, work-outowy zastrzyk energii do owsianki. Rozrusza wszystkie zaspane pośladki w zimowe jeszcze poranki.

siła rażenia:





Gdybym nie została blogerem, zostałbym gangsterem

JOYRYDE ft. RICK RO$$ - WINDOWS

gatunek: trap, hip-hop



Jeszcze nigdy system operacyjny nie był tak fajny! Ok, koniec sucharków. Jak w tytule - jakaś część mojej osobowości pochodzi z Detroit. Gdy wychodzę wieczorem po bułki, ubierając na głowę kaptur, nic nie pasuje tak bardzo jak trapy. Przy okazji - całkiem "nienachalne" trapy. Daleko im do takiego chociażby A$APa Ferg (klik) (którego, na swój niewytłumaczalny sposób, też lubię), na korzyść Joyride. Ten kawałek jest dużo bardziej wdzięczny, mniej "niggasowy". Czy to co piszę ma sens? Sprawdźcie, a ja jako się rzekło, idę po bułki. 
Ricka Rossa możecie kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej Suicide Squad (klik)

siła rażenia:





Optymistyczna modlitwa

Haelos - Pray

gatunek: trip-hop




Proszę Państwa, mamy zwycięzce. Ten utwór mnie WZRUSZA. Nie jest łatwo poruszyć moje skamieniałe serduszko, mimo tego, że w tym wpisie jakieś milion razy napisałam, że coś poruszyło mój wcześniej wspominany organ. Pasuje zawsze - gdy jestem smutna, gdy jestem wesoła, gdy już kupię ten bułki, gdy mam wino, gdy nie mam poczucia winy. Gdy spadnie śnieg, gdy kot zrzyga się na dywan, gdy Macierewicz pierdoli głupoty, gdy cała nadzieje umiera lub własnie się rodzi. Jest idealny.

siła rażenia:





Weźmy razem narkotyki

Ishome - Earth (Lowdope remix)

gatunek: trip-hop, downtempo



Poczynania charyzmatycznej Rosjanki, śledzę już od dłuższego czasu. Jej album Confession (klik), był prawdopodobnie najczęściej przesłuchiwanym przeze mnie albumem w 2016 roku. Jeden z kawałków z tamtej płyty, doczekał się interesującego remixu. Trochę onirycznego, trochę rytmicznego, idealnego na leniwe wieczory. Robi mi dobrze w mózgu. 
A Tobie?

siła rażenia:



Co ostatniego ciekawego słuchaliście? Jaką muzykę lubicie najbardziej? Co z wyższej zaprezentowanej listy spodobało Wam się najbardziej? Koniecznie dajcie znać.





1 komentarz :

  1. Haelos miazdzy smutkim. :d Dobre, biere. Warto bylo dla trgo utworu przebrnac przez zachwyty nad obrzydliwie mialkim i zle zaspiewanym Nergalem ;d Przypomina mi w sumie moje ulubione z 'niejednoznacznie dobijajacego radosciosmutkiem' trip hopu (w odroznieniu od tego, co wali smutkiem, niczym obuchem - np Portishead), czyli Sweep Of Days z reprrtuaru Blue Foundation. ;)

    OdpowiedzUsuń