piątek, 25 listopada 2016

Jak się nie upić w Krakowie - osobliwy przegląd lokali



Koniec weekendu, zwiastun kolejnego tygodnia, serii niewyspania, nowych nagłówków w gazetach, trzech kaw dziennie, niewyregulowanych - przez brak czasu - brwi. Niedziela. W świecie ogarniętym politycznym chaosem, kiedy ludzie w niektórych miejscach globu tracą dach na głową wraz ze wszelką nadzieją, czas zadać swojemu towarzyszowi sakramentalne pytanie:


Chodźmy na piwo.
To nie jest pytanie - 
poprawia mnie siostra.
Wiem.



Rynek: dresy i Wierzynek


Nocne niebo na dobre pożegnało Słońce, życząc mu dobrej zabawy na drugiej półkuli ziemi. Mętne powietrze przepełnione metalami ciężkimi wypełniło moje płuca. To oznacza tylko jedno - jestem w domu.

Miejsce destynacji wybieramy dosyć oczywiste - okolice Rynku Głównego. Bo blisko, bo "przecież tam jest tyle knajp", bo o 18:00 jest urządzane pożegnanie piosenką Leonarda Cohena. W dowodzie obydwie mamy po dwadzieścia parę lat. W głębi duszy jednak, jesteśmy dwiema emerytkami, które cieszą takie rzeczy. Nie, nie wstydzimy się o tym mówić.

Na zdjęciach robionych ogórkiem, jaki Kraków jest, każdy widzi.


Zapach grzańca, golonki i drewnianych ozdób rozpościera się wokoło - nadszedł bowiem czas targu bożonarodzeniowego, zaczynającego się, jak zwykle niemal nazajutrz po Wszystkich Świętych. Na scenę ustawioną na płycie Rynku, wychodzi grupa ludzi, mogąca robić za nieco odschoolowych już kolędników. Śpiewają po polsku Halelujah. Po minach tłumów wiem jedno - gawiedź cieszy się jak na wieczór z Agatą Młynarską w Sylwestra 1998/1999.




Jestem świadkiem szoł podobnego do poruszenia, gdy typowy Seba pod trzepakiem rozpala drogi secik petard. Czekam na okrzyk "I teraz wszyscy razem!". Pomyślałam sobie, że ci, którzy lubią Hallelujah, to ci sami, których ulubioną piosenką Davida Bowie - i jedyną znaną - jest Let's dance. Przeżegnałam się nogą, idziemy dalej.




Założyłyśmy sobie, że wejdziemy do miejsca, w którym jeszcze nie byłyśmy - ale założyłyśmy to nieortodoksyjnie. Konieczny wymóg do spełnienia jaki przyjęłyśmy, to "żeby było ciemno", "żeby się dało rozmawiać" i "żeby było bardzo nastrojowo". Cała Floriańska wyeksplorowana. Pauza - za głośno. Święta Krowa - pełna. Viva La Pinta - pełna. Jama Michalika - czy chcemy siedzieć w jednym pomieszczeniu z prawdziwymi fanami Leonarda Cohena? 

Hej, dziewczyny! - podchodzi do nas chłopak z ulotkami - Zapraszam was do Afery, z tą ulotką piwko za dwa złote!

Zatrzymuje się, a wzrok mi mętnieje. Co można sprzedawać w knajpie za dwa złote?
Odrobinę płynu do spryskiwaczy?  Łzy nienarodzonych dzieci? Rozcieńczonego VIPa z Biedronki? Nawet woda tyle nie kosztuje. Nie pytamy. Nie odpowiadamy. Idziemy dalej.





Żeby była jasność - nie pasuje nam także piwo powyżej dziesięciu złotych. Chcemy z gracją utrzymać się w granicach klasy średniej, z zasadami, w których mieści się to, że nie pija się piwa za dwa złote, okey?

Kompleks kilku knajp na ul. Dolnych Młynów - za daleko od Rynku dla leniuszków


Do Jazz Rocka nie wchodzimy na trzeźwo. Do Carpe Diem nie wchodzimy od 2009 roku. Do Pijalni Wódki i Piwa nie wchodzimy z szacunku do siebie (ja czasem tracę szacunek do siebie, gdy mam ochotę na ich tatara - przyp.red.). Manekin pełny, House of Beer pełne. W Irish Pubie idzie jakiś mecz, co również go dyskwalifikuje. Do Camelota nie wchodzimy, choć sama nie wiem czemu. Przechodzimy Sławkowską, Plac Szczepański, zawracamy i kierujemy się w stronę Brackiej. Nowa Prowincja - zbyt oczywisty wybór. Spokój? Tam się przesiedziało pół życia. 

Pierwszy Lokal Na Stolarskiej Po Lewej Stronie Idąc Od Małego Rynku (zajebista nazwa, nie?) pełny czyli zupełnie nie tak, jak mój portfel. Game Pub - nie dzisiaj. Ambasada Śledzia - to dalej pewien rodzaj Pijalni. Ochroniarz, tym razem spod prawdziwej ambasady - Stanów Zjednoczonych, przygląda nam się uważnie, zapewne dlatego, że wyglądamy jakby nas Bóg opuścił. 

Kącikowe archiwum zdjęć. Ulica św. Tomasza. Albo Marka. Nigdy nie wiem.


No to czas na Grodzką - otwarte są jedynie kebabownie oraz Dziórawy Kocioł (tak jest, z błędem ortograficznym) - knajpa w klimacie Harry'ego Pottera, w której nie sprzedają alkoholu (oprócz rozgrzewającego naparu z gołębia i rozczarowania). Gdy ich promotor macha do nas w powłóczystej szacie Gryffindoru, utrzymujemy, że jesteśmy Mugolami. 

Skręcamy w Trynitarską. A tam dwie knajpy po brzegi wypełnione Angolami. 

Oy mate, hows ye doin?! - krzyczy jeden z nich do grupki kolejnych dwudziestu, którzy idą za nami. Jest głośno jak na Stadionie Narodowym podczas Ligi Mistrzów.


Beer House - miejsce w którym muzyka zagłusza zapachy. Jakby na przekór swojej nazwie, nie serwują piw craftowych. Ale mają zajebistego burgera z kurczakiem. Jedna porcja nadaje się na dwie osoby.


Kanonicza. Ulica, gdzie mieści się Uniwersytet Papieski, dom Jana Długosza (który tak naprawdę tam nie mieszkał, ale mniejsza z tym) i gdzie przyciąga nas operowa pieśń kobiety zbierającej drobne do futerału. Mam wrażenie, że oto jesteśmy blisko, że cel prawie osiągnięty. Decydujemy się zajrzeć do kilku restauracji jakie tam są, ale w wystawionych na zewnątrz kartach, zanim dochodzimy do alkoholu, uderza nas antrykot z batatami, podany z pianą z węgorza i czipsem z topinamburu, za jedyne 87 złotych.

W ten oto sposób jesteśmy pod Wawelem. Idziemy w stronę Kompanii Kuflowej. Koło nas przechodzi dwóch łysych dżentelmenów, posiadających na swym ramieniu biało-czerwoną opaskę. Jeden z nich bezceremonialne odchrząkuje flegmę kilka milimetrów przed moim butem, po czym zadowoleni popierdalają dalej. Mijając ostatnie kamienice przed Plantami, zauważam na jednej z nich wielki napis "ANTY JUDE".

- To co, idziemy na Kazimierz?



Nie odmawiam pacierza i Kazimierza


Dopowiadając w duchu, że "to się przecież zawsze tak kończy", kilkanaście minut później skręcamy z ulicy Krakowskiej w Miodową. Here we go again. Na Bożego Ciała pustki i pozamykane miejsca (?). W zasadzie oprócz jakiejś pizzerii i krainy martwych zwierząt pod tytułem Rzeźnia, nie zauważamy nic interesującego. Na chwilę przystajemy przy Rabarbarze, dawnym Semper Felix - ale na dantejskie sceny i przygody godne Piratów z Karaibów na dalekiej Tortudze nie mamy dziś ochoty. Jesteśmy skazane na dalszą drogę.





Mleczarnia byłaby idealna, gdyby nie to, że wszyscy w obrębie kilku kilometrów pomyśleli, że pójdą właśnie tam. Plac Nowy, w tym Plac Nowy 1 wydaje się być dobrym wyborem, po uprzednim napadnięciu na pobliską placówkę banku. Znów Pijalnie i Komisariat - czyli Pijalnia 2. Taawa nie spełnia naszych warunków. Moment również. Mehanoff nie zachęca. Miejsce też nie. W Warsztacie kilku moich znajomych zatruło się owocami morza (morze jest płynem, tak samo jak piwo, więc lepiej uważać!). Odbijamy na Józefa i pada długo oczekiwane: to może Kawa i Papierosy. Jednak miejscówka nawiązująca do twórczości Jima Jarmuscha z jakiegoś powodu jest zamknięta. Eszeweria pełna. Esze już nie istnieje. Strefa Piwa jest za jasna. Kolanko no. 6 zbyt często odwiedzane. Jakiś czeski bar naprzeciwko nie dość że pełny, to za jasny. 


Zgłodniałam - pojawia się naturalna kolej rzeczy i przerywa wędrówkę.


źródło: streetfoodpolska.pl

Frytki belgijskie na Wawrzyńca, to szybki i dobry sposób, by oddalić się o miliony lat świetlnych od pośladków Mel B. Nieważne. Sos mango-curry jest zbyt tłusty. Bakłażanowo-rozmarynowy mojej siostry jest lepszy, więc go podjadam. Lądujemy koło synagogi na Szerokiej i nagle zauważam coś, co wydaje się być światełkiem w tunelu.


Tylko, że było ciemno.

Jemy frytki w pośpiechu, aby już za chwilę, już za momencik, usiąść w najpiękniejszej knajpce tego wieczoru. Nie zapłacili mi, żebym to napisała, ona po prostu bardzo mi się spodobała.




Zdjęcia pochodzą z portalu Kraków 4 Fun
Zdjęcie pochodzi z oficjalnego fanpage'a restauracji KLIK


Dawno temu na Kazimierzu - bo tak nazywa się to miejsce, przenosi w czasie. I trzeba zaznaczyć, że wygląda to lepiej na żywo niż na zdjęciach. Lokal nie pasuje do tego wszystkiego co nas otacza, a przez to znajduje nasze zainteresowanie. Z zewnątrz zaaranżowany jest w sposób, nawiązujący do dawnych mieszkańców Kazimierza i usług jakie świadczyli. W środku spotkamy się ze starodawnym klimatem z odrobiną nonszalancji. Idealnie. Zachęcają nas także informacje o koncertach żydowskiej muzyki na żywo. Jest tłok, ale widzimy wolne stoliki. Udajemy się w ich stronę, gdy nagle, pośród blasku świec, wyłania się kelnerka.

Dzień dobry, mają Panie rezerwacje?



* * *



Zrezygnowane, zmęczone i wciąż niezaspokojone wracamy na Plac Nowy. Zakładamy, że wkrótce wrócimy do Dawno temu..., tymczasem jednak trzeba się na coś zdecydować.

Chodźmy do domu - moja prośba odbija się echem, gdy potykam się o krawężnik.
Dziwnie wymawiasz słowo "Alchemia".


źródło: cracowlife.pl

Alchemia, zawsze przypomina mi Arkę Noego - masz wrażenie, że wszyscy zmieścili się na pokład, ale ty jesteś jakimś Tyranozaurem Rex i niestety nie ma już dla ciebie miejsca. 

Nie mamy jednak nic do stracenia. Wchodzimy do środka.

Padają trzy krótkie spojrzenia:
na wolny stolik,
na moją siostrę
i na bar.

Włączam slowmotion.

Na wolnym stoliku ląduje rzucona z odległości 20 metrów torebka i kurtka. Na mojej siostrze spoczywa obowiązek dobiegnięcia tam, sprawnie eliminując po drodze przeciwników potencjalnie mogących ten stolik zająć i pozbierania z ziemi wszystkich moich rzeczy, które postanowiły desantować się z torebki podczas lotu. A ja - ja idę do baru. Resztkami sił przyklejam się do krzesła barowego, przesuwam wszystko i wszystkich, by następnie rozhisteryzowanym głosem zapytać:

Macie sprawne kegi?!!?!
Yyy... No jasne...
Nie będziecie głośno puszczać Lady Gagi, tak, żeby się nie dało rozmawiać?!?!
Nie bardzo rozumiem...
NIE ZAMYKACIE ZA PÓŁ GODZINY?!?!??!
Nie...
Ok, dwa zimne Lechy, proszę.


W głośnikach muzyka z Młodego Papieża.
Mój trud skończoń.






10 komentarzy :

  1. Bardzo spodobał mi się "desant" z torebki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety mi się podobał nieco mniej - później trzy razy sprawdzałam czy na pewno mam portfel i klucze ;)

      Usuń
  2. Pauzy na Florianskieh juz nie ma ;( teraz pasaż bielaka..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś o tym słyszałam, ale podejrzewałam, że skoro widzę tam jakieś światła, to być może lokal jeszcze istnieje.
      W takim razie to były halucynacje z niedopicia :c

      Usuń
  3. Ominięty mały Śledź na Kazimierzu. Nie ładnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dude... "Pierwszy lokal na stolarskiej po lewej stronie idąc od małego rynku"

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba 1/3 z tych knajp nie znam! Trzeba narobić. Oprowadzasz jeszcze wycieczki szlakiem krakowskich barów? :) W tej żydowskiej jest muzyka ma żywo i nie tylko żydowska. Byłam kiedyś ma koncercie. I mają dobry kompot:) Tak, kompot. Bez procentów :)

    OdpowiedzUsuń