piątek, 16 grudnia 2016

Opowieść niewigilijna



Wchodzę do apteki. Kupić witaminę C i krople na moje przedłużające się zapalenie spojówek. Za ladą czeka farmaceutka. Metr pięćdziesiąt, czterdzieści lat, osiemdziesiąt pięć D, niebieskie oczy, blond włosy z odrostami, gojąca się opryszczka. W milczeniu przyjmuje receptę. Ma skwaszoną minę i puste spojrzenie. Ona zaczyna coś tam mruczeć pod nosem. Ja zaczynam ją oceniać.


Jak Ty musisz być rozczarowana kolejną popołudniową zmianą w tym tygodniu. Przecież istnieją apteki, które są otwarte tylko do tej siedemnastej, osiemnastej, dlaczego tam nie pracujesz? Byś sobie te odrosty zrobiła. Włosy umyła. Nie wiesz, że eyeliner dawało się na linię wodną dolnej powieki w latach dziewięćdziesiątych? Jeszcze masz różowy lakier na paznokciach, ja pierdole.

Chciałabyś, aby któregoś dnia, Bóg zszedł na Ziemię i powiedział "Mariolka, przestań już szorować te  pieprzone gary". Ale na próżno szepczesz swoje modlitwy, do obrazka świętego, poświęconego na pielgrzymce w Licheniu.

Pewnie w ramach "grania na czekanie" masz ustawiony Gang Albanii. Jak to szło? "Prawdziwa dama, to twoja mama".  Tydzień temu, w tylnej kieszeni spodni twojego piętnastoletniego syna, znalazłaś prezerwatywę. Nie dopuszczasz do wiadomości, że to już ten wiek.

Aby ocalić resztki swojej seksualności, otwierasz ostatnie bramy pożądania, stojąc przed progiem klubu dla Pań w średnim wieku - Dolce Vita. Grażynka ma dziś imieniny, nocuję u niej - mówisz jemu. A potem czekasz na młodych adonisów. Ale oni nie zjawiają się, mimo, że ciągle powiększa się ilość wypitych drinków z palemką. Wolą młodsze, przynajmniej o 15 lat młodsze. Mariolka, weź wyluzuj, Staszek, może niezbyt urodziwy, ale czeka w domu.

Chciałabyś jęczeć, gdy on w ciebie wchodzi. Ale jęczysz, z rozczarowaniem, już tylko wtedy, gdy każe ci nastawić pranie. Ostatnie prawdziwe marzenia wypaliłaś laserem wraz z bliznami potrądzikowymi, czego ty jeszcze oczekujesz?


- Wie Pani o czym marzę? - zadaje mi pytanie.

A ja zaczynam się trząść, blednąć i czerwienić na zmianę. Kręcą głową w ramach odpowiedzi.

- Marzę o białych świętach... - odpowiada, podając mi leki.

Torebka wypada mi z rąk. Schylam się po nią i podnoszę. Ponownie wypada mi na ziemię.

Rozmawiamy kolejne dziesięć minut. O tym, że te białe święta, to tylko tak od Wigilii do Sylwestra. Że najważniejsze, żeby ten czas spędzić z najbliższymi. Ale jej najbliższych może zabraknąć w tym roku, bo wyjechali za granicę. A co u Pani?

Przepraszam Panią, tak bardzo Panią przepraszam. Jestem najgorszym człowiekiem, jaki kupował u Pani krople na zapalenie spojówek. Proszę Pani, wprawiła mnie Pani w największe w życiu zakłopotanie, jest Pani najdoskonalszym zaskoczeniem, zmieniła mi Pani życie, dała iskierkę nadziei. Szczerze? 

Szczerze, to mam większe odrosty od Pani, tylko skrywam ją pod tą beżową czapką z H&M, kupioną na dziale męskim. Eyelinera nie mogę używać przez kilka kolejnych dni, bo już mam wystarczająco zapuchnięte, bolące, ropiejące gały. W Dolce Vicie nigdy nie byłam, ale spotykam się tylko ze starszymi facetami. Nie wszyscy z nich wyglądali jak Jude Law w Młodym Papieżu czy, może tak bardziej oldschoolowo, żeby Pani kojarzyła o kim mówię - jak Humprey Bogart w Casablance. I też, przeważnie, woleli młodsze. Chce Pani wiedzieć coś jeszcze? Tych świąt nie spędzę w takim towarzystwie, w jakim chciałabym je spędzić. Będzie tam cholernie kogoś brakować. No chyba, że...

Yann Tiersen, kojarzy Pani tego kompozytora? Mogłabym Pani zagrać taką ładną melodię jego autorstwa. Mam słuch absolutny, a w związku z tym potrafię wykonać, na przykład na pianinie, każdą piosenkę bez nut. Przepierdoliłam ten talent, wie Pani?

Niech Pani nie przestaje. Niech Pani zrobi coś jeszcze. Proszę zaskoczyć mnie, jak ślepca zaskoczyła Amelia. Wyczarować pantofelki, jak dobra wróżka w Kopciuszku. Może tym razem Mufasa nie zginie. Może tym razem, Trzej Królowie nie okażą się trzema czarnoskórymi kochankami Maryi. Wypowiedziała Pani te słowa o białych świętach jak zaklęcie. Zdjęła Pani klątwę. A ja jestem pierdolonym Ebenezerem Scrooge. Pani jest Duchem Tegorocznych Świąt.


- U mnie nic ciekawego, wie Pani, takie tam przed świętami krzątanie się tu i ówdzie - odpowiadam, na przekór moim myślom.

Życząc jej, naprawdę szczerze, wszystkiego najlepszego i oczywiście, białych świąt - wychodzę z apteki.

Podnoszę głowę. Księżyc świeci w pełni, w akompaniamencie kilku dostojnych chmur. Moje obcasy wystukują rytm kloszardowi, który kiwa się przy pobliskiej jadłodajni dla bezdomnych. Tramwaj zatrzymuje się przy przystanku Plac Wolnica. W jego szybach odbijają się świąteczne światła sklepowych witryn. Coś poczułam na moim policzku. Deszcz?
To nie był deszcz.






Te teksty też mogą Ci się spodobać:





Follow my blog with Bloglovin


2 komentarze :

  1. To JEST opowieść wigilijna.
    Nawet odczułam niepokojące swędzenie w prawej półkuli i poczułam się troszku winna. Moja wina, moja wina...

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż mnie ciarki przeszły! Masz cudowny styl pisania, jeśli wydasz kiedyś książkę to chce mieć ją jako pierwsza! Tak często oceniamy innych na podstawie pierwszego wrażenia. Taka już nasza natura. Kiedy byłam w liceum, irytowała mnie jedna dziewczyna. Wkurzało mnie w niej wszystko, tak bez powodu. Gdy tylko przechodziła obok mnie, gromiłam ją wzrokiem, a w myślach wypowiadałam groźby i wyzwiska. Wkurzało mnie to, że ma takie chude nogi, piękna buzię, bogatych rodziców i talent plastyczny. Myślałam że jest egoistką, takie sprawiała wrażenie. I kiedyś,zimą, wychodziłam ze szkoły, dookoła pełno śniegu. Szłam z koleżankami, niosłam w rękach blok techniczny z rysunkiem, na który poświęciłam milion godzin i miałam dokończyć w domu, by oddać do oceny następnego dnia. Śnieg się topił, rysunek wymsknął się z rąk i wpadł posto w ciapę. Całą stacje widziała dziewczyna, której nie znosiłam, jak na złość. Zła i wściekła wrzuciłem ten mokry papier do śmietnika, klnac pod nosem, koleżanki się śmiały. Następnego dnia przyszłam do szkoły, siedziałam sama pod grzejnikiem tworząc na nowo obrazek z poprzedniego dnia. Dziewczyna -wróg podeszła do mnie i podała mi zwiniety w rulon brystol. Niechętnie otworzyłam go, spodziewałam się najgorszego. A wiesz co tam było? Cudownie odtworzony rysunek z poprzedniego dnia. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś kogo nie znoszę zrobił coś takiego dla mnie. Nieśmiało podziękowałam, "kolezanki" widząc mnie z nią zamarły. Od tamtej pory byłyśmy prawie nierozłączne. Właśnie ona sprawiła, że staram się nie oceniać ludzi w pierwszej chwili.

    OdpowiedzUsuń